poniedziałek, 6 lipca 2015

Rozdział 19 Say Something

Obudziłem się o 6:30.Moja księżniczka jeszcze słodko spała. Postanowiłem zrobić śniadanie. Gdy schodziłem na dół zajrzałem do Vicki. Moja siostrzenica już nie spała, ale cichutko płakała. Wziąłem ją na ręce i huśtałem lekko. Mała była bardzo wystraszona...
-Vickuś.-szepnąłem do niej, a ona do mnie przylgnęła.
-Boje się.-to jedyne co zdołała powiedzieć. 
-Czego kochanie?
-Miałam zły sen.-powiedziała już trochę uspokojona.
-Ale to tylko sen skarbie... To nie ma prawa wydarzyć się naprawdę.
-Ale ja go widziałam.
-Kogo?-spytałem zdziwiony.
-Wypadek. Wypadek mamy.
-Kochanie. Mama  nie miała żadnego wypadku.-skłamałem.
-Ale ja go widziałam.
-Jak?
-Przez sen.
-Kochanie. To co ci się śni, nie ma prawa się wydarzyć, a takie coś to już zupełnie nie.
-Czyli z mamą wszystko w porządku?
-Tak.-uspokajałem ją.
-To dlaczego do mnie nie przyjedzie?-spytała smutno, a ja nie wiedziałem co powiedzieć. Teraz to ja byłem wystraszony. 
-Wiesz skarbie, że mama ma pracę...-mruknąłem, a dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z tego, że moja wypowiedź nie miała żadnego sensu. 
-Ale nie może wziąć wolnego?
-Nie wiem kochanie.
-Zadzwonisz do niej?-spytała, a ja po raz drugi się zawahałem. 
-Później.-powiedziałem.-pójdziesz spać?-spytałem po chwili.
-Mhmmm...-mruknęła krótko po czym ziewnęła. Włożyłem ją do łóżeczka, powiedziałem:
-Dobranoc.-i wyszedłem. Vicki wszystko mi przypomniała. Przypomniała mi Paulę, moją Paulę... Jak ja ją kochałem... To niebywałe, ale zacząłem płakać. Łzy same napływały mi do oczu, tak jakby chciały wydostać się na zewnątrz i jak najwięcej ulżyć bólu mojemu sercu. Złapałem telefon i słuchawki i poszedłem na siłownię. O tej porze nikogo nie było, oprócz jednego otyłego nastolatka, który najwyraźniej próbował zrzucić kilka kilo. Nie zwracając na niego większej uwagi podeszłem do worka treningowego. Włączyłem piosenkę, która zawsze mnie odstresowywała. Say something... Biłem worek tak jakby zrobił mi coś złego, a to przecież tylko zwykła rzecz... Płakałem rzewnie, raz po raz wymierzając ciosy niby-przeciwnikowi. Byłem zrozpaczony. Nie wiedziałem ile już tu jestem, ale otoczyli mnie ludzie. Niektórzy po prostu się przyglądali, niektórzy prosili o autografy... Odepchnąłem ich i poszedłem do domu. Dziennikarze fotografowali mnie, śledzili, ale ja nic sobie z tego nie robiłem. Na nic nie miałem siły. Otworzyłem drzwi i przeszedłem do salonu. Usiadłem na kanapie. Z kuchni przypłynął do mnie zapach obiadu. Oliwia, Vicki, Cris i Cristianinho siedzieli jedząc obiad i rozmawiając. Zachowywali się tak jakby mnie nie widzieli... a może naprawdę mnie nie zauważyli? Myśląc poszedłem na górę walnąłem się na łóżko i słuchając  tej samej piosenki co wcześniej płakałem. Chwilę po tym przyszła do mnie Oliwia.
-Co tu robisz? Martwiłam się, cały ranek Cię nie było...-popatrzyła na mnie-Co się dzieje?-spytała klękając przy łóżku.
-Paula.-wydukałem, bo na tyle tylko pozwalał mi płacz. Oliwia przez chwilę siedziała przy mnie z zamkniętymi oczami. Gdy je otworzyła, podobnie jak ja płakała. Nie mówiła nic bo wiedziała, że w takiej sytuacji żadne słowa mnie nie pocieszą. Jednak po dłuższej chwili postanowiła się odezwać.
-Ktoś umiera, żeby ktoś mógł się urodzić. Robert, proszę, nie płacz.-łzy spływały po naszych twarzach jak gdyby ktoś wylał na nas po kubku wody.
-Ale dlaczego akurat ona?
-Tak musiało być. Nie cofniesz czasu...
-Wiem.-powiedziałem.-Jednak chciałbym móc ją teraz przytulić, powiedzieć ile dla mnie znaczy, pokazać ile nauczyła się jej córka będąc nie u rodziców zastępczych, a u cioci i wujka. Cholernie za nią tęsknie.
-Ci...-przytuliła mnie-Będzie dobrze. Słyszysz?
-Nie będzie.-odpowiedziałem krótko, odepchnąłem ją i położyłem się plecami do niej.
-Robert...-położyła się obok i objęła mnie ramieniem.
*Oliwia*
Byłam przy Robercie, aż do momentu kiedy zasnął. Delikatnie zabrałam moją rękę, a następnie przykryłam mojego narzeczonego kocem. Siedziałam przy nim jeszcze chwilę. Później wyszłam z sypialni cicho zamykając za sobą drzwi i powędrowałam do kuchni. Z salonu dobiegały dzikie wrzaski dzieci i ... Cristiano? Zdziwiona poszłam do źródła zgiełku. "Dzieci" bawiły się w salonie fasolkami z Harrego Potera.
-Boże, co tu tak śmierdzi?-jęknęłam.
-Fasolki.-zaśmiał się Cristianinho.
-Chcesz spróbować?-spytał Cris.
-Nie, dziękuje.-taktownie odmówiłam.
-Ciociu. Proszę.-spojrzała na mnie Vicki.
-No dobrze.-usiadłam z nimi.
-Jako nowy gracz kręcisz.-zaśmiał się starszy Ronaldo. 
Gdy zakończyliśmy grę spojrzałam na zegarek. Była 16:00. Nadal czułam w ustach ten smak... błeee... Zajrzałam do Roberta. Ten nadal spał. Wróciłam do towarzystwa.
-Oliwia. My będziemy się chyba zbierać.-powiedział Cris stojąc z małym w przejściu do przedpokoju.
-Tak szybko?
-no tak.-wyjaśniał Cris.-Pożegnasz od nas Roberta?
-Pewnie.-uśmiechnęłam się miło.
-No to cześć.-Cris przytulił mnie i odwzajemnił uśmiech. 
-Do widzenia.-uśmiechnął się Cristianinho gdy wychodzili. 
Gdy panowie wyszli w domu zrobiło się cicho.
-Ciociu...-mruknęła Vicki.
-Tak?-zwróciłam się w stronę kanapy, na której siedziała mała Vicka.
-Kiedy przyjedzie do mnie mama?
-Nie wiem skarbie... Szczerze mówiąc...-nie potrafiłam jej odpowiedzieć.
-Czy w tym czasie mogę do ciebie mówić mamo?-spytała niewinnie.
-Oczywiście, jeśli tak chcesz...
-Dziękuję.-uśmiechnęła się do mnie.
-Nie ma za co. Zrobimy jakąś kolację?-spytałam.
-Pewnie.-cały czas była uśmiechnięta.-Mogą być naleśniki? Wujek i ja bardzo je lubimy.
-Mogą być, mogą.-obie z uśmiechami na twarzach powędrowałyśmy do kuchni. Vicki trochę mi pomagała, ale większość i tak zrobiłam sama. Bardzo chciałabym mieć taką córkę... 
Gdy nasza potrawa była już gotowa, Vicki usiadła do stołu.
-Umyj rączki.-poleciłam Vicki, a sama poszłam na górę do Roberta. Mój narzeczony siedział na łóżku i spoglądał w okno.
-Na co patrzysz?-spytałam cicho i usiadłam obok.
-Na nic.-mruknął.
-Chodź na dół. Zrobiłyśmy naleśniki.-uśmiechnęłam się obejmując go.
-Nie mam ochoty jeść.-powiedział.
-Proszę, chodź. Zjedzmy dzisiaj razem. Jak normalna rodzina.-spojrzałam na niego czule.
-No dobrze, ale tym razem to ja proszę: bez rozmów.
-Jeśli tak chcesz...-wyszliśmy z sypialni i poszliśmy do kuchni. Podeszłam do uśmiechniętej Vicki, która na nas czekała.
-I jak? Rączki umyte?-spytałam przytulając małą od tyłu.
-Tak. Czyste jak łza.-powiedziała zadowolona Vicki. Robert lekko się uśmiechnął. Kolacja minęła w ciszy, tak jak obiecałam mojemu narzeczonemu. Robert delikatnie się rozchmurzył. Po kolacji poszłam wykąpać Vicki. Później ubrałam ją w piżamkę 
i położyłam małą spać. Wróciłam do salonu, w którym siedział Robert.
-Jak tam?-spytałam.
-Nie wiem o co ci chodzi.
-Pytałam jak się czujesz.
-Dobrze...-mruknął.-Całkiem dobrze, a ty?
-Też...-powiedziałam kierując się w stronę kuchni. Przyniosłam stamtąd ulubione żelki Roberta. Przytuliłam mojego narzeczonego od tyłu i upuściłam żelki na jego kolana. 
-O! Żelki! Moje ulubione...-ucieszył się.
-Tak.-potwierdziłam i dałam mu buziaka w policzek.
-No, należy Ci się coś za to.-odrzucił paczkę żelków na bok i wciągnął mnie na kanapę. Zaczął całować. Najpierw w usta, potem po szyi i coraz niżej. Chcąc nie chcąc przeszkodziłam mu.
-Robert... tutaj?
-Masz racje. To nie jest odpowiednie miejsce.-"oderwał" się ode mnie i wziął mnie na ręce po czym zaniósł do sypialni. W jego rękach czułam się jak księżniczka. Położył mnie delikatnie na łóżku, zamknął drzwi i zgasił światło. Znów wrócił do całowania i pozbawiania mnie poszczególnych części garderoby. Najpierw bluzki, potem stanika i spodni... i tak dalej... i tak dalej...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz