środa, 22 lipca 2015

22. "Co to jest? Związek, czy zakład karny?"

Robert iście zadowolony z faktu, że zostanie ojcem postanowił rozgłosić wieść, że Lewy Junior urodzi się za kilka miesięcy. Najpierw zadzwonił do Marco. Ten odpowiedział mu, że ze zdrajcami nie rozmawia. Następnie mój skarb dobił do Kuby. Ten nie uwierzył i go wyśmiał. Robert zwiesił głowę i usiadł bezradnie na kanapie...
-Nie mogę uwierzyć... Przyjaciele się ode mnie odwrócili?-spytał.
-To nie oni odwrócili się od Ciebie, tylko ty od nich... Nic nikomu nie powiedziałeś o transferze do Monachium.
-Chciałem, żeby to była dla Ciebie niespodzianka... Te paple od razu wszystko by wygadały...
-Paple? Już nie przyjaciele?
-Tak, paple! Jestem na nich zły!-krzyknął i wstał z kanapy po czym ponurym krokiem poszedł na górę...
Akurat musiał się tym dzielić... a ja chciałam gdzieś wyjść. Teraz mogę co najwyżej iść z Vicki... Postanowiłam jednak chociaż trochę pospacerować...
Wyjęłam Vicki z łóżeczka, ubrałam ją po czym razem włożyłyśmy buty i kurtki i wyszłyśmy na zewnątrz. Spacerowaliśmy po niemal całym centrum Monachium. Byłam zapatrzona w uśmiech małej. Cieszyła się i opisywała po swojemu wszystko co zobaczyła.
*Robert*
Ostatnie nadzieje żywiłem w Łukaszu. Był moim przyjacielem od dawna... Z resztą to dla Niego i Mario zmieniłem klub. Oprócz Kuby w Borussi nie było nikogo z kim mógłbym rozwinąć jakąś przyjaźń. Wybrałem numer do Piszczka i czekałem aż odbierze... Po kilku sekundach mój klubowy kolega odezwał się:
-Elo, elo!-powiedział (pewnie jak zwykle się śmiejąc)-Co tam?
-No... mam dla Ciebie pewną wiadomość... Zgadnij co się stało?
-Zmądrzałeś?-spytał z wyraźnym śmiechem.
-Przestań, mówię poważnie...-sam lekko się zaśmiałem.
-No co tam się stało?
-Będę ojcem!-prawie krzyknąłem, natomiast Łukasz się nie odzywał.
-Yyy... Mam troszku mindfuck'a... Przecież wiem, po co mi o tym mówisz?
-Jak to wiesz?
-Anka zdążyła się już pochwalić...
-Stachurska?
-Masz dziecko z dziewczyną, której nazwiska nie znasz?
-Musisz do mnie przyjechać, jest problem...-rozłączyłem się nie wiedząc co mam myleć... Z Anką... z Anką to było tak przelotnie... Spodobała mi się... Nie ukrywając... spodobała się każdemu z Reprezentacji... Mieliśmy akurat przedmeczowy trening, kiedy ona miała zawody... Pociągająca karateczka... A te nogi... Wtedy wcale nie myślałem o Oliwii... My i te panny mieszkaliśmy w tym samym hotelu... Po prostu tamtej nocy zaciągnąłem seksowną Anię do łóżka... i to w sumie tyle... Po nocy z nią spędzonej po prostu się wycofałem. Nic nie mówiąc odeszłem... Skąd mogłem wiedzieć, że zrobię jej bachora...
*Oliwia*
Wędrowałyśmy już z Vicką dość długo, ale ona nie chciała jeszcze wracać. Weszłyśmy do kawiarni, aby trochę się ogrzać i wypić jakieś kakao na ten przykład. Jednak Vicki miała ochotę skosztować lodów... Zdecydowałam, że zamówię jej te lody, ale w bardzo małej porcji... Nie chciałam, żeby Robet krzyczał na którąkolwiek z nas...
Po tym małym deserku wróciłyśmy do domu. Vicki trochę kaszląc pobiegła do swojego pokoju, a ja usiadłam w salonie. Niby nic-taka wędrówka-a trochę się zmęczyłam... Nagle do pokoju wszedł Robert. Wyglądał na bardzo przygnębionego.
-Robert, coś nie tak?-spytałam podchodząc do niego.
-Skarbie... Ta ciąża... Nie żartowałaś?
-Nie, a czemu?
-Bo... Muszę Ci coś powiedzieć...
-Słucham.
-Ale obiecaj, że cokolwiek Ci teraz powiem, nie uciekniesz mi.
-No... dobrze.
-Pamiętasz jak miałem jechać na zgrupowanie do Polski?
-Pamiętam.
-Trening przedmeczowy mieliśmy na stadionie, a obok ćwiczyły takie karateczki...
-I?
-I ja poszłem z jedną do łóżka, ale nie wiem dlaczego to zrobiłem... Żałuję.
-Nie chcę tego słuchać.-odepchnęłam go i podeszłam do drzwi. Niestety Robert mnie zatrzymał.
-Obiecałaś, że nie uciekniesz.-powiedział stanowczo.
-Uciekniesz? Czuję się jak zamknięta w jakiejś klatce... Co to jest? Związek, czy zakład karny? Daj mi odetchnąć... Daj mi żyć.-wyszłam z domu.
Starałam się nie płakać, ale żal wobec Roberta wziął górę... Gdy przechodziłam obok parku dałam za wygraną i rozpłakałam się na dobre. Łzy w oczach przesłaniały mi widok, więc nie szłam dalej, ale usiadłam na ławce.
Siedziałam tam może pięć minut... coś około sześciu. Nagle, tak znikąd dosiadł się do mnie jakiś chłopak. Sprawiał wrażenie znajomego, ale przez kapelusz i ciemne okulary nie byłam w stanie go rozpoznać. Chłopak zdjął okulary i starł z moich policzków łzy. Teraz nie miałam wątpliwości, że to Mario. Tak, to był Goetze.
-Coś się stało? Czemu płaczesz?
-Nieważne. Zostaw mnie samą.-powiedziałam, bo nie chciałam, żeby ktoś się nademną użalał.
-Ważne. Powiedz mi. Może Ci jakoś pomogę.
-Wątpie...
-Tak w ogóle to co tu robisz? Nie powinnaś być teraz w domu?
-Powinnam, ale nie chcę tam wracać. Robert... Szkoda słów.
-Pokłóciliście się?
-Robert mnie zdradził.-mruknęłam, a Mario nie był w stanie nic powiedzieć. Po prostu dał mi swoją kurtkę i otulił mnie nią tak mocno, że nie zdołałabym się wyplątać. Nie chciałam, żeby mnie puszczał. Tak bardzo potrzebowałam teraz kogoś, kto mógłby ze mną zwyczajnie porozmawiać...
-To jeszcze nie koniec świata.-powiedział Mario patrząc mi w oczy, które chwilę później znów były mokre...-Nie płacz...-dodał ścierając łzy z moich policzków.
-Ale ty nic nie rozumiesz... Ja jestem w ciąży...-wtedy rozpłakałam się na dobre.
-Sprawdzałaś?
-Kilka razy...
-Co teraz zrobisz?
-Nie wiem.
-Masz gdzie mieszkać?
-Nie.
-Może zamieszkaj u mnie?
-Nie mogę.
-Dlaczego? Czemu nie chcesz sobie pomóc?
-Ale ile ja mam u Ciebie mieszkać? Do rozwiązania jeszcze siedem miesięcy...
-Bez problemu możesz mieszkać u mnie tyle czasu, a nawet dłużej.
-Ale...
-Żadnego ale. Idziesz ze mną.-uśmiechnął się całując mnie w nosek.

poniedziałek, 13 lipca 2015

21.: "W końcu mogłam mu powiedzieć o naszym małym szczęściu ♥."

Mijały kolejne dni... Robert nie odbierał. Po czterech dniach od wyjazdu mój narzeczony wpadł do domu jak poparzony i uścisnął mnie mocno.
-Robert... Gdzie ty byłeś? Wiesz jak się martwiłam.-ciężko oddychałam.
-Byłem w Monachium... Skarbie, MAM! Mam transfer!
-Jaki? Do Bayernu?-spytałam z niedowierzaniem.
-Tak!-odparł zadowolony Robert. Ja nie byłam tak optymistycznie nastawiona.
-Dlaczego nic mi nie powiedziałeś? Miałeś jechać do Warszawy, a nie do Monachium.-usiadłam, bo poczułam się słabo. Dziecko strasznie kopało w brzuch...
-Nie chciałem nic mówić, bo to miała być niespodzianka. Po za tym w Warszawie też byłem.-uśmiechnął się zniewalająco.
-Ale mi niespodzianka... Naprawdę? Myślałam, że coś Ci się stało...
-Przepraszam skarbie...-przytulił mnie, a od razu poprawił mi się humor. Dziecko również się uspokoiło i przestało kopać...
-Robert musimy pogadać...
-O czym skarbie?
-O nas...
-A musimy teraz? Spakujcie się... Jedziemy do Monachium.
-Kiedy?
-Teraz, zaraz...
-No... no dobrze...
***
Jesteśmy już w Monachium. Spoko okolica, pięknie, ładnie... ale to nie to samo co Dortmund. Kuba, Marco, Fabian czasem wpadnie, a tu? Żadnych znajomych... W sumie decyzja należała tylko do Roberta. Ja nie miałam w tej sprawie nic do powiedzenia.
***
Vicki się przeziębiła... Musiałam jechać z nią do lekarza.
-Vickuś! Czas na lekarstwo!-zawołałam
-Nie chcę!-protestowała dziewczynka.
-Vicka jedz!-rozkazał Robert.
-Nie krzycz na nią...-burknęłam, a on wyszedł z domu.
-Ciociu? Czy wujek jest na mnie zły?
-Nie... Robert ma po prostu gorszy dzień.
-Czy tutaj mieszkają jakieś dzieci?-spytała Victoria.
-Nie wiem skarbie. Najpierw zjedz lekarstwo...-podsunęłam jej łyżeczkę pod usta. Dziewczynka z niechęcią połknęła syrop, po czym popiła to sokiem. Później razem bawiłyśmy się na dywanie w salonie. Po dwóch godzinach-kiedy Vicki zasnęła-wrócił Robert.
-Hej... Sorry za tamto.-przytulił mnie.
-Robert... Nie mnie przepraszaj, tylko Vicki.-odepchnęłam go.
-Vicki?-uniósł brwi w geście zdziwienia.
-Nakrzyczałeś na nią...
-Masz rację...-powiedział i poszedł na górę do Vicki. Gdy już wrócił zaczął się ubierać.
-Robert, gdzie idziesz?
-Muszę coś załatwić...
-Teraz?-spytałam zrezygnowana.
-Tak.
-Kiedy wrócisz?
-Nie wiem skarbie. Pa.-zamknął za sobą drzwi.
-Pa...-powiedziałam do pustego pomieszczenia.
Taka sytuacja i podobne zdarzały się przez okrąglutki tydzień. Byłam już w pierwszym miesiącu ciąży. Pewnego dnia w końcu zostałam z Robertem sam na sam. W końcu mogłam mu powiedzieć o naszym małym szczęściu ♥.
-Robert?
-Słucham?
-Chciałbyś mieć dziecko?
-Jesteś w ciąży?-krzyknął z szerokim uśmiechem na twarzy.
-Co jeśli powiem "Tak"?
-Będę najszczęśliwszym mężczyzną na świecie.
-Jestem w ciąży.-powiedziałam, a Robert zaczął mnie ściskać, całować i unosić w powietrzu. Widać było, że bardzo się cieszył...

czwartek, 9 lipca 2015

20. "Pomasować?"

Rano obudziłam się przy Robercie. Mój ukochany nie spał. Z uśmiechem patrzał mi w oczy bawiąc się moimi włosami. 
-Dzień dobry kochanie.-pocałował mnie w czoło. 
-Cześć.-uśmiechnęłam się do niego.
-Co dziś robimy?-spytał nie wypuszczając mnie z objęć.
-A co byś chciał?
-Powtórkę z wczoraj wieczór?-spojrzał na mnie czule po czym zrobił karpia.
-Niee... Błagam Cię...
-No czo?-objął mnie w pasie i przycisnął do siebie.
-Robert!-wrzasnęłam.
-Pięknie wyglądasz gdy się złościsz-uśmiechnął się całując mnie co słowo.
-Wypuść mnie!-śmiałam się.
-Nie. Coś za coś.
-Dobrz...Co chcesz?-spytałam.
-Na początek zrób śniadanko... najlepiej naleśniki. Później idź na zakupy, posprzątaj w domu bo trochę tu chlew...
-A może jeszcze frytki do tego?-warknęłam z ironią.
-Możesz... ale z keczupem.-wyszczerzył się.
-No i co mi dało, że mam narzeczonego? Single mają lepiej.-spojrzałam w górę kierując pytanie do Wszechmogącego.
-Ojjj... a kto by się Tobą tak wspaniale opiekował, czo?-Robert przytulił się do mnie.
-Sama potrafię o siebie zadbać...-wstała, ale on pociągnął ją do siebie co poskutkowało tym, że wylądowała tyłkiem na podłodze.-Robert, głupi jesteś?
-Inteligentny nie jestem, ale żeby tak od razu głupi?
-Tak, głupi.-wstała.-Dziś masz zakaz dotykania mnie i wszelkich rzeczy, które mogą zrobić mi krzywdę.
-Ale kotku... Skarbie mój... Kochanie... No proszę...
-Nie obchodzisz mnie.
-Chciałbym zaznaczyć, iż dzisiaj nie będzie mnie w domu... I jutro też.
-Czemu?
-Czyli jednak Cię obchodzę. Mamy zgrupowanie. Jadę do Warszawy.
-No tak... A ja mam mieć na głowie cały dom przez dwa dni?
-Oczywiście, że tak.
-Miły jesteś. Naprawdę...-wciągnęłam spodnie.
-No nie złość się już...
-Mogę się nie złościć ale tyłek nadal będzie boleć idioto...
-Pomasować?-wyszczerzył się.
-Aj.. Robert, Robert...
-No czo? Chciałbym...-powiedział. 
-Ty się lepiej do Warszawy szykuj.-poleciłam i założyłam bluzkę.
-Dobrz...-westchnął.-Ciężkie życie bohatera...
Ja natomiast wyszłam z sypialni i swoje kroki skierowałam do pokoju Vicki. Mała już wstała i z uśmiechem przyglądała mi się ze swojego łóżeczka. 
-Cześć.-powiedziała.
-Dzień dobry moja panno.-uśmiechnęłam się do niej.-Jak tam nocka? Wyspałyśmy się?
-Myślę, że tak.- uśmiechnęła się Vicka.
-Musimy zrobić dziś wypasione śniadanko dla wujka.
-Najlepiej naleśniki-uśmiechnęła się mała.
-Też tak myślę.-wyciągnęłam ją z łóżeczka po czym ubrałam i razem zeszłyśmy na dół.
Zrobiłyśmy śniadanie w postaci naleśników z truskawkami. Robert bardzo lubi truskawki. Do tego jeszcze dodałyśmy jego ulubione "kakałko" i paczkę żelek owiniętą czerwoną wstążką.
-Ohoho! Co jest? Mam urodziny?-Robert zszedł na dół.
-Nie... przynajmniej z tego co mi wiadomo. Po prostu chciałyśmy Ci pokazać jak bardzo Cię kochamy skarbie-przytuliłam się do Roberta.-prawda Vickuś?
-Tak.-uśmiechnęła się Vicki, a Robert wziął ją na ręce i razem zrobiliśmy zbiorowego przytulasa.
Zjedliśmy śniadanie i posprzątaliśmy. Robert chwycił torbę i ustanął przy drzwiach.
-No kochane, będziemy się żegnać.-powiedział ze smutkiem.
-Szkoda. Będę tęsknić.-powiedziała Vicka podnosząc ręce w górę, tak żeby Robert wziął ją na ręce. Mój ukochany z uśmiechem na twarzy uniósł małą i zrobił z nią noski.
-Ja też będę tęsknić skarbie.-Robert tulił ją w ramionach.
-Ile dni Cię nie będzie?-spytała.
-Od jutra dwa dni.
-Mam nadzieję, że miną szybko.-mała uśmiechnęła się pocieszająco i zeskoczyła z ramion mojego ukochanego. Następnie pobiegła do pokoju. Robert natomiast podszedł w moją stronę i delikatnie rozłożył ramiona. Podeszłam bliżej i mocno się w niego wtuliłam. 
-Bardzo Cię kocham, wiesz?-powiedziałam.
-Wiem.-uśmiechnął się.-Będzie mi Ciebie brakowało przez te dwa dni...
-Mi Ciebie też.
-Jak wrócę to wybierzemy się całą trójką do kina. Co ty na to?
-Byłoby fajnie. Mała by się ucieszyła.
-Oj i to jak.-zaśmiał się.
-Muszę już iść...-powiedział po chwili smutniejąc.
-Zaraz się spóźnisz.-powiedziałam ze śmiechem.
-Racja, ale ja nadal na coś czekam...
-Na co? Kanapeczki Ci zrobić?-powiedziałam z ironią.
-Buziaczka bym chciał...
-To chodź.-przybliżyłam się do niego i go pocałowałam. On zachłannie się do mnie przylepił.
-Robeeeeert!-zawyłam.
-Tak?-zaśmiał się.
-Puść mnie.-śmiałam się głośno.
-Nie. 
-Spóźnisz się.
-To co? 
-Idź już.
-Ciężko mi was zostawić...
-Przecież to tylko dwa dni... Robert.-zaśmiałam się
-No co? Bardzo się do was przywiązałem...Obiecaj mi, że będziecie na siebie uważać... Kiedy wrócę to nie chcę którejś z was widzieć w szpitalu...
-Oj, Robert... Z całej naszej trójki to ty zawsze wpadasz w kłopoty-śmiałam się z niego.
-Jak tak mnie traktujesz to chyba się pośpieszę...-podszedł do drzwi. Ja natomiast szybko do niego podbiegłam i przytuliłam od tyłu.
-Pa kochanie.-powiedziałam całując go za uszkiem.
-Pa.-powiedział z uśmiechem.
-Zabierz kurtkę!-pisnęłam gdy wychodził.
-Jasne.-z uśmiechem na twarzy chwycił kurtkę i musnął delikatnie ustami mój policzek... Przez okno patrzyłam jak odjeżdża. Będę tęsknić. Cholernie...

poniedziałek, 6 lipca 2015

Rozdział 19 Say Something

Obudziłem się o 6:30.Moja księżniczka jeszcze słodko spała. Postanowiłem zrobić śniadanie. Gdy schodziłem na dół zajrzałem do Vicki. Moja siostrzenica już nie spała, ale cichutko płakała. Wziąłem ją na ręce i huśtałem lekko. Mała była bardzo wystraszona...
-Vickuś.-szepnąłem do niej, a ona do mnie przylgnęła.
-Boje się.-to jedyne co zdołała powiedzieć. 
-Czego kochanie?
-Miałam zły sen.-powiedziała już trochę uspokojona.
-Ale to tylko sen skarbie... To nie ma prawa wydarzyć się naprawdę.
-Ale ja go widziałam.
-Kogo?-spytałem zdziwiony.
-Wypadek. Wypadek mamy.
-Kochanie. Mama  nie miała żadnego wypadku.-skłamałem.
-Ale ja go widziałam.
-Jak?
-Przez sen.
-Kochanie. To co ci się śni, nie ma prawa się wydarzyć, a takie coś to już zupełnie nie.
-Czyli z mamą wszystko w porządku?
-Tak.-uspokajałem ją.
-To dlaczego do mnie nie przyjedzie?-spytała smutno, a ja nie wiedziałem co powiedzieć. Teraz to ja byłem wystraszony. 
-Wiesz skarbie, że mama ma pracę...-mruknąłem, a dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z tego, że moja wypowiedź nie miała żadnego sensu. 
-Ale nie może wziąć wolnego?
-Nie wiem kochanie.
-Zadzwonisz do niej?-spytała, a ja po raz drugi się zawahałem. 
-Później.-powiedziałem.-pójdziesz spać?-spytałem po chwili.
-Mhmmm...-mruknęła krótko po czym ziewnęła. Włożyłem ją do łóżeczka, powiedziałem:
-Dobranoc.-i wyszedłem. Vicki wszystko mi przypomniała. Przypomniała mi Paulę, moją Paulę... Jak ja ją kochałem... To niebywałe, ale zacząłem płakać. Łzy same napływały mi do oczu, tak jakby chciały wydostać się na zewnątrz i jak najwięcej ulżyć bólu mojemu sercu. Złapałem telefon i słuchawki i poszedłem na siłownię. O tej porze nikogo nie było, oprócz jednego otyłego nastolatka, który najwyraźniej próbował zrzucić kilka kilo. Nie zwracając na niego większej uwagi podeszłem do worka treningowego. Włączyłem piosenkę, która zawsze mnie odstresowywała. Say something... Biłem worek tak jakby zrobił mi coś złego, a to przecież tylko zwykła rzecz... Płakałem rzewnie, raz po raz wymierzając ciosy niby-przeciwnikowi. Byłem zrozpaczony. Nie wiedziałem ile już tu jestem, ale otoczyli mnie ludzie. Niektórzy po prostu się przyglądali, niektórzy prosili o autografy... Odepchnąłem ich i poszedłem do domu. Dziennikarze fotografowali mnie, śledzili, ale ja nic sobie z tego nie robiłem. Na nic nie miałem siły. Otworzyłem drzwi i przeszedłem do salonu. Usiadłem na kanapie. Z kuchni przypłynął do mnie zapach obiadu. Oliwia, Vicki, Cris i Cristianinho siedzieli jedząc obiad i rozmawiając. Zachowywali się tak jakby mnie nie widzieli... a może naprawdę mnie nie zauważyli? Myśląc poszedłem na górę walnąłem się na łóżko i słuchając  tej samej piosenki co wcześniej płakałem. Chwilę po tym przyszła do mnie Oliwia.
-Co tu robisz? Martwiłam się, cały ranek Cię nie było...-popatrzyła na mnie-Co się dzieje?-spytała klękając przy łóżku.
-Paula.-wydukałem, bo na tyle tylko pozwalał mi płacz. Oliwia przez chwilę siedziała przy mnie z zamkniętymi oczami. Gdy je otworzyła, podobnie jak ja płakała. Nie mówiła nic bo wiedziała, że w takiej sytuacji żadne słowa mnie nie pocieszą. Jednak po dłuższej chwili postanowiła się odezwać.
-Ktoś umiera, żeby ktoś mógł się urodzić. Robert, proszę, nie płacz.-łzy spływały po naszych twarzach jak gdyby ktoś wylał na nas po kubku wody.
-Ale dlaczego akurat ona?
-Tak musiało być. Nie cofniesz czasu...
-Wiem.-powiedziałem.-Jednak chciałbym móc ją teraz przytulić, powiedzieć ile dla mnie znaczy, pokazać ile nauczyła się jej córka będąc nie u rodziców zastępczych, a u cioci i wujka. Cholernie za nią tęsknie.
-Ci...-przytuliła mnie-Będzie dobrze. Słyszysz?
-Nie będzie.-odpowiedziałem krótko, odepchnąłem ją i położyłem się plecami do niej.
-Robert...-położyła się obok i objęła mnie ramieniem.
*Oliwia*
Byłam przy Robercie, aż do momentu kiedy zasnął. Delikatnie zabrałam moją rękę, a następnie przykryłam mojego narzeczonego kocem. Siedziałam przy nim jeszcze chwilę. Później wyszłam z sypialni cicho zamykając za sobą drzwi i powędrowałam do kuchni. Z salonu dobiegały dzikie wrzaski dzieci i ... Cristiano? Zdziwiona poszłam do źródła zgiełku. "Dzieci" bawiły się w salonie fasolkami z Harrego Potera.
-Boże, co tu tak śmierdzi?-jęknęłam.
-Fasolki.-zaśmiał się Cristianinho.
-Chcesz spróbować?-spytał Cris.
-Nie, dziękuje.-taktownie odmówiłam.
-Ciociu. Proszę.-spojrzała na mnie Vicki.
-No dobrze.-usiadłam z nimi.
-Jako nowy gracz kręcisz.-zaśmiał się starszy Ronaldo. 
Gdy zakończyliśmy grę spojrzałam na zegarek. Była 16:00. Nadal czułam w ustach ten smak... błeee... Zajrzałam do Roberta. Ten nadal spał. Wróciłam do towarzystwa.
-Oliwia. My będziemy się chyba zbierać.-powiedział Cris stojąc z małym w przejściu do przedpokoju.
-Tak szybko?
-no tak.-wyjaśniał Cris.-Pożegnasz od nas Roberta?
-Pewnie.-uśmiechnęłam się miło.
-No to cześć.-Cris przytulił mnie i odwzajemnił uśmiech. 
-Do widzenia.-uśmiechnął się Cristianinho gdy wychodzili. 
Gdy panowie wyszli w domu zrobiło się cicho.
-Ciociu...-mruknęła Vicki.
-Tak?-zwróciłam się w stronę kanapy, na której siedziała mała Vicka.
-Kiedy przyjedzie do mnie mama?
-Nie wiem skarbie... Szczerze mówiąc...-nie potrafiłam jej odpowiedzieć.
-Czy w tym czasie mogę do ciebie mówić mamo?-spytała niewinnie.
-Oczywiście, jeśli tak chcesz...
-Dziękuję.-uśmiechnęła się do mnie.
-Nie ma za co. Zrobimy jakąś kolację?-spytałam.
-Pewnie.-cały czas była uśmiechnięta.-Mogą być naleśniki? Wujek i ja bardzo je lubimy.
-Mogą być, mogą.-obie z uśmiechami na twarzach powędrowałyśmy do kuchni. Vicki trochę mi pomagała, ale większość i tak zrobiłam sama. Bardzo chciałabym mieć taką córkę... 
Gdy nasza potrawa była już gotowa, Vicki usiadła do stołu.
-Umyj rączki.-poleciłam Vicki, a sama poszłam na górę do Roberta. Mój narzeczony siedział na łóżku i spoglądał w okno.
-Na co patrzysz?-spytałam cicho i usiadłam obok.
-Na nic.-mruknął.
-Chodź na dół. Zrobiłyśmy naleśniki.-uśmiechnęłam się obejmując go.
-Nie mam ochoty jeść.-powiedział.
-Proszę, chodź. Zjedzmy dzisiaj razem. Jak normalna rodzina.-spojrzałam na niego czule.
-No dobrze, ale tym razem to ja proszę: bez rozmów.
-Jeśli tak chcesz...-wyszliśmy z sypialni i poszliśmy do kuchni. Podeszłam do uśmiechniętej Vicki, która na nas czekała.
-I jak? Rączki umyte?-spytałam przytulając małą od tyłu.
-Tak. Czyste jak łza.-powiedziała zadowolona Vicki. Robert lekko się uśmiechnął. Kolacja minęła w ciszy, tak jak obiecałam mojemu narzeczonemu. Robert delikatnie się rozchmurzył. Po kolacji poszłam wykąpać Vicki. Później ubrałam ją w piżamkę 
i położyłam małą spać. Wróciłam do salonu, w którym siedział Robert.
-Jak tam?-spytałam.
-Nie wiem o co ci chodzi.
-Pytałam jak się czujesz.
-Dobrze...-mruknął.-Całkiem dobrze, a ty?
-Też...-powiedziałam kierując się w stronę kuchni. Przyniosłam stamtąd ulubione żelki Roberta. Przytuliłam mojego narzeczonego od tyłu i upuściłam żelki na jego kolana. 
-O! Żelki! Moje ulubione...-ucieszył się.
-Tak.-potwierdziłam i dałam mu buziaka w policzek.
-No, należy Ci się coś za to.-odrzucił paczkę żelków na bok i wciągnął mnie na kanapę. Zaczął całować. Najpierw w usta, potem po szyi i coraz niżej. Chcąc nie chcąc przeszkodziłam mu.
-Robert... tutaj?
-Masz racje. To nie jest odpowiednie miejsce.-"oderwał" się ode mnie i wziął mnie na ręce po czym zaniósł do sypialni. W jego rękach czułam się jak księżniczka. Położył mnie delikatnie na łóżku, zamknął drzwi i zgasił światło. Znów wrócił do całowania i pozbawiania mnie poszczególnych części garderoby. Najpierw bluzki, potem stanika i spodni... i tak dalej... i tak dalej...

sobota, 4 lipca 2015

Rozdział 18 "Czy to było pytanie retoryczne?"

W progu stał nie nikt inny, jak...Cristiano Ronaldo we własnej osobie. Ja jak zwykle gościnna uśmiechnęłam się, ale w głebi duszy byłam zaskoczona całym zdarzeniem. Ronaldo przywitał się z moim ukochanym i podszedł do mnie. 
-My się jeszcze nie znamy, prawda?-spytał Cris. Lewy zostawił mnie samą z Cristiano w przedpokoju, ponieważ poszedł odprowadzić czteroletniego Cristianinho do reszty dzieciaków.
-No nie znamy...-mruknęłam nieśmiało.
-Cristiano. Dla ciebie Cris.-uśmiechnął się miło i podał mi rękę.
-Oliwia.-uścisnęłam ją.-Zapraszam do salonu.-powiedziałam po chwili i poprowadziłam Cristiano do reszty gości. Usiedliśmy na kanapie. Tym czasem Lewy z uśmiechem wyleciał z ogrodu, a za nim ogonek dzieciaków składający się z  Vicki Lewandowskiej, Oliwii Błaszczykowskiej, małego Omerka Sahina i Cristianinho Ronaldo.
-Chce mieć tyle dzieci.-Robert zwrócił się do mnie.
-Jak ty sobie z jednym rady nie dajesz... Co dopiero czwórkę...-powiedziałam, a towarzystwo zaczęło się śmiać.
-Achh... Ty to jesteś. -westchnął wracając z dziećmi do ogrodu. My natomiast przegadaliśmy chwilę czasu, a gdy skończyły się nam tematy postanowiłam podać jedzenie. Kuba wciągnął najwięcej. Zawsze był łakomczuchem, w dobrym tego słowa znaczeniu. Lubi sobie podjadać, co Agata nie jednokrotnie mu wypomina.
Później nadszedł czas na dzieci. Postawiłam na stole tort i włożyłam do niego trzy świeczki. Dzieciaki od razu gdy zobaczyły smakołyk zbiegły się w salonie. Ostatni szedł Cristianinho z bardzo ponurą miną. Podniosłam Vicki na rękach, a Robert zapalił świeczki. Wszyscy zaczęli śpiewać sto lat po angielsku, ponieważ w miarę możliwości wspólnie mogliśmy porozumiewać się w tym języku. Mała zmuchnęła świeczki i ślicznie się uśmiechnęła. Ja zaczęłam kroić tort.
-Tato?-zwrócił się Cristianinho do swojego taty.
-Tak skarbie?-spytał czule Cristiano.
-Ile kilokalorii jest w kawałku tego ciasta?
-Nie wiem synku, a czemu o to pytasz?
-Jestem na diecie.-palnął mały, a ja zaczęłam cicho chichotać. Cris to zauważył i sam delikatnie się zaśmiał.
-Przecież wiem, że chcesz trenować, ale kawałek ciasta Ci nie zaszkodzi.
-Czy ja wiem...
-No za koleżankę nie zjesz? Później to odbiegamy.-przekonywał go Cris.
-No dobrze.-powiedział mały i podszedł do mnie.
-Czy mógłbym prosić o kawałem ciasta?-spytał uprzejmie mały dżentelmen.
-Oczywiście.-ukroiłam całkiem spory kawałek, włożyłam go na talerzyk i podałam Cristianinho.
-Proszę pani? A ile to ciasto ma kilokalorii?
-Nie wiem skarbie, ale nie martw się, nie przeszkodzi Ci w treningach.
-Napewno?-dopytywał mały .
-Napewno. Masz zwiększony metabolizm, szybko to spalisz.-zapewniłam go.
-Dziękuję.-powiedział krótko po czym odszedł. Chwilę później podszedł do mnie Cris i zaciągnął na kanapę. Gadaliśmy sobie o małym. W ogóle o dzieciach. Wkońcu odważyłam się go zapytać:
-Utrzymujesz kontakty z matką Cristianinho?-spytałam cicho, tak żeby mały nie usłyszał. 
-Nie...-mruknął.-Możemy o tym nie gadać? To dla mnie trudny temat...
-Oczywiście, rozumiem. Chciałam Cię zapytać o zdanie w pewnej sprawie, ale jeśli nie chcesz gadać, rozumiem.
-Możesz pytać, ale nie o matkę Cristianinho.
-No dobrze...-zacięłam się
-...więc nie mam pytań ,tak?-dokończył za mnie śmiejąc się.
-Hehe... nieee...
-To o co chodzi? Śmiało. Jako...hmmm... doświadczony ojciec mogę udzielić Ci kilku rad.-zabawnie wywyższał się ponad swój poziom.
-Chodzi o Vickę. Mamy jej powiedzieć, że jej matka nie żyje?
-Tak było by najlepiej. Później będzie miała do was żal, że nic jej nie powiedzieliście.
-Ale czy ona coś zrozumie?
-Nawet jeśli nie zrozumie, to zapamięta. Gdy później o to spyta, to tylko jej przytakniecie.-uśmiechnął się przyjaźnie.
-Dziękuję.-odpowiedziałam z wdzięcznością. Czułam dużą ulgę. Z Robertem rozmawialiśmy o tym już kilkanaście razy, ale nie mogliśmy dojść do "porozumienia". Cris naprawdę był dobrym ojcem, a rozmówcą jeszcze lepszym. Poczułam, że zyskuję nowego przyjaciela. 
Pod wieczór goście chcieli już się zbierać. Panowie jako piłkarze mieli jutro trening. Cris i Cristianinho musieli u nas zostać, ponieważ nie mieli już sił na powrót do Madrytu. Ja postanowiłam zebrać dzieciaki. Poszłam do ogrodu, a to co tam zobaczyłam było bardzo słodkie. Omerek i Vicka spali na hamaku, Oliwia zaraz obok nich-pod drzewem, a mały Cristianinho obok młodej Błaszczykowskiej. Zgarnęłam najpierw Cristianinho i zaniosłam go jego ojcu. Cris wziął go na ręce i kołysał delikatnie. Wróciłam do ogrodu po Oliwię i podałam ją Kubie. Omerka-Tugbie, a Vickusię-Robertowi. Pożegnałam gości, a po chwili w domu zostali tylko Lewandowscy, Marszałkówna i Cristiano oraz Cristianinho Ronaldo. Ponieważ łóżko w sypialni było wygodniejsze, postanowiłam, że odstąpie je Crisowi i jego synkowi, a ja i Robert prześpimy się w gościnnym. Gdy mój ukochany wrócił z pokoju Vicki nie był z tego pomysłu zadowolony, ale  po dłuższych namowach przystał na mój pomysł. Poszłam do łazienki, wzięłam szybki prysznic aby nie zajmować łazienki. Ubrałam długą koszulkę i lekkie, krókie spodnie a'la alladynki, po czym wyszłam z łazienki. Od razu poszłam do gościnnego i położyłam się w łóżku. Nedługo później dołączył do mnie Robert. Pochylił się nade mną i zaczął mnie całować.
*Robert*
-Co robimy kochanie?-spytałem.
-Czy to było pytanie retoryczne?-zaśmiała się.
-Oczywiście.-zaśmiałem się razem z nią.-Wiesz, że bardzo Cię kocham?
-Wiem.-odpowiedziała. Ja delikatnie ją pocałowałem, a gdy nasze wargi się zetknęły, wiedziałem, że gdybym nawet dożył setki i zwiedził wszystkie kraje świata, nic nie da się porównać z tą jedną chwilą, gdy pocałowałem dziewczynę moich marzeń, i byłem pewny, że moja miłość będzie trwała wiecznie. Jeszcze raz musnąłem jej wargi, jak gdybym chciał zatrzymać tę chwilę w sercu. Gdy się od niej odsunąłem, ona pociągnęła mnie za koszulkę i przyciągnęła do siebie niczym lwica, co również udowadniały jej rude włosy. Czułem jak mocno bije jej serce. Słyszałem przyśpieszony oddech dziewczyny, tej dziewczyny ,którą tak bardzo kochałem. Włożyłem moje ręce pod jej koszulkę i zacząłem pieścić ciało mojej ukochanej. Później wiadomo do czego między nami doszło...
Zmęczeni położyliśmy się i przytuleni do siebie zasnęliśmy...