Mijały kolejne dni... Robert nie odbierał. Po czterech dniach od wyjazdu mój narzeczony wpadł do domu jak poparzony i uścisnął mnie mocno.
-Robert... Gdzie ty byłeś? Wiesz jak się martwiłam.-ciężko oddychałam.
-Byłem w Monachium... Skarbie, MAM! Mam transfer!
-Jaki? Do Bayernu?-spytałam z niedowierzaniem.
-Tak!-odparł zadowolony Robert. Ja nie byłam tak optymistycznie nastawiona.
-Dlaczego nic mi nie powiedziałeś? Miałeś jechać do Warszawy, a nie do Monachium.-usiadłam, bo poczułam się słabo. Dziecko strasznie kopało w brzuch...
-Nie chciałem nic mówić, bo to miała być niespodzianka. Po za tym w Warszawie też byłem.-uśmiechnął się zniewalająco.
-Ale mi niespodzianka... Naprawdę? Myślałam, że coś Ci się stało...
-Przepraszam skarbie...-przytulił mnie, a od razu poprawił mi się humor. Dziecko również się uspokoiło i przestało kopać...
-Robert musimy pogadać...
-O czym skarbie?
-O nas...
-A musimy teraz? Spakujcie się... Jedziemy do Monachium.
-Kiedy?
-Teraz, zaraz...
-No... no dobrze...
***
Jesteśmy już w Monachium. Spoko okolica, pięknie, ładnie... ale to nie to samo co Dortmund. Kuba, Marco, Fabian czasem wpadnie, a tu? Żadnych znajomych... W sumie decyzja należała tylko do Roberta. Ja nie miałam w tej sprawie nic do powiedzenia.
***
Vicki się przeziębiła... Musiałam jechać z nią do lekarza.
-Vickuś! Czas na lekarstwo!-zawołałam
-Nie chcę!-protestowała dziewczynka.
-Vicka jedz!-rozkazał Robert.
-Nie krzycz na nią...-burknęłam, a on wyszedł z domu.
-Ciociu? Czy wujek jest na mnie zły?
-Nie... Robert ma po prostu gorszy dzień.
-Czy tutaj mieszkają jakieś dzieci?-spytała Victoria.
-Nie wiem skarbie. Najpierw zjedz lekarstwo...-podsunęłam jej łyżeczkę pod usta. Dziewczynka z niechęcią połknęła syrop, po czym popiła to sokiem. Później razem bawiłyśmy się na dywanie w salonie. Po dwóch godzinach-kiedy Vicki zasnęła-wrócił Robert.
-Hej... Sorry za tamto.-przytulił mnie.
-Robert... Nie mnie przepraszaj, tylko Vicki.-odepchnęłam go.
-Vicki?-uniósł brwi w geście zdziwienia.
-Nakrzyczałeś na nią...
-Masz rację...-powiedział i poszedł na górę do Vicki. Gdy już wrócił zaczął się ubierać.
-Robert, gdzie idziesz?
-Muszę coś załatwić...
-Teraz?-spytałam zrezygnowana.
-Tak.
-Kiedy wrócisz?
-Nie wiem skarbie. Pa.-zamknął za sobą drzwi.
-Pa...-powiedziałam do pustego pomieszczenia.
Taka sytuacja i podobne zdarzały się przez okrąglutki tydzień. Byłam już w pierwszym miesiącu ciąży. Pewnego dnia w końcu zostałam z Robertem sam na sam. W końcu mogłam mu powiedzieć o naszym małym szczęściu ♥.
-Robert?
-Słucham?
-Chciałbyś mieć dziecko?
-Jesteś w ciąży?-krzyknął z szerokim uśmiechem na twarzy.
-Co jeśli powiem "Tak"?
-Będę najszczęśliwszym mężczyzną na świecie.
-Jestem w ciąży.-powiedziałam, a Robert zaczął mnie ściskać, całować i unosić w powietrzu. Widać było, że bardzo się cieszył...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz